|
|
|
W Zaleszczykach najpierw chcemy zameldować się na plebani aby potem do wieczora przyjrzeć się dokładniej miastu i okolicy. Znając już drogę podjeżdżamy pod kościół bez problemów. Dłuższą chwilę trwają poszukiwania księdza proboszcza, w czym wytrwale pomagają nam przechodnie i pani z kiosku po drugiej stronie ulicy. W końcu któraś z naszych informatorek rzuca, że ksiądz może być w części budynku gdzie są pokoje gościnne, bo "dziś majo przyjechać jakieś Polaki". Podążamy według wskazówek naszej rozmówczyni i faktycznie na piętrze spotykamy proboszcza wraz z gosposią czyniących ostatnie przygotowania do przyjęcia nas na nocleg. Gospodarze pokazują nam lokum przeznaczone dla nas. Pokoje gościnne znajdują się w lewym skrzydle budynku kościoła (kiedyś, jeszcze chyba przed I wojną, klasztoru). Jest to kilka pomieszczeń wyposażonych w trzykondygnacyjne prycze. Miejsc do spania jest zatem sporo. Na korytarzu jest długi stół gdzie można przygotowywać posiłki. Do dyspozycji jest też piec węglowy. Jest też łazienka z kilkoma prysznicami. Cała zabudowa i wyposażenie tego "hoteliku" zostało wykonane w przeważającej części przez księdza osobiście. Z konieczności jest on stolarzem, murarzem, elektrykiem, hydraulikiem i posiada prawdopodobnie umiejętności jeszcze wielu innych profesji. Standard hoteliku należałoby określić jako "turystyczny", ale o to właśnie nam chodziło. Spoglądając na nasze auto, proboszcz proponuje nam wstawienie go na noc do jego garażu. Swoją Ładę podrzuci on na noc jednej z parafianek. Po obejrzeniu lokum wybieramy się na zwiedzanie miasteczka i okolicy. Jeszcze tylko rzut oka na rozkład nabożeństw. Dzisiaj msza o godzinie osiemnastej. Mimo protestów dzieci (w poniedziałek do kościoła?), postanawiamy wrócić na mszę. Teraz jednak chcąc najpierw zrobić zdjęcie panoramy miasteczka ruszyliśmy drogą w kierunku Czerniowiec, przez most na Dniestrze łączący kiedyś Polskę z Rumunią. Za mostem po przejechaniu około 2 km skręcamy w lewo i jedziemy drogą gruntową aż do wsi Kryszczatek. Aby dojechać do monastyru, który z Zaleszczyk widać na wysokim bukowińkim brzegu Dniestru, powinniśmy jechać jeszcze w kierunku wsi Repużyńce, za cmentarzem lub dalej po 3 km skręcić w lewo i jechać aż do stacji przekaźnikowej w pierwszym przypadku, lub tak daleko jak się da w drugim. W obu przypadkach dalszą drogę należałoby odbyć pieszo nie dysonując samochodem terenowym. Przewidując trudności w dojeździe do samego monastyru zadawalamy się dotarciem na brzeg w Kryszczatku, co też wymaga pewnego wysiłku. Samochodem docieramy do miejsca gdzie kończą się wiejskie zabudowania. W miejscu, do którego dojechaliśmy jakaś kobieta pasie gęsi i inne ptactwo domowe. Pytamy czy jest sens dalej jechać czy wypada dalej iść pieszo. Rozmówczyni sugeruje dalszą wędrówkę bez samochodu, który zostawiamy pod jej czujnym okiem. Najpierw schodząc w dół a potem wspinając się nieco docieramy na wysoki brzeg Dniestru. Widok jest wspaniały, nasz trud jest wynagrodzony sowicie. Robimy kilka zdjęć i odpoczywamy chłonąc wspaniałą panoramę.
Przy okazji muszę pochwalić zalety cyfrowej fotografii. Dzisiaj siedząc przed komputerem i oglądając zrobione wtedy zdjęcia analizuję je dostrzegając wiele szczegółów, które wtedy na gorąco umknęły mojej uwadze. Zdjęcia były robione aparatem z pięciomegapikselową matrycą co pozwala uzyskać dość spore powiększenia.
Obserwując przeciwległy brzeg dostrzegliśmy dość szeroką kamienistą plażę i ludzi kąpiących się w rzece. Kąpiel w Dniestrze to może być interesujące. Wracamy zatem do miasteczka. Zatrzymujemy się w pobliżu rynku, gdzie prawdopodobnie kiedyś znajdował się oryginalny ratusz a pierwotnie (wzniesiony w połowie XVIII wieku) zameczek przypuszczalnie myśliwski, pełniący funkcje obronne, o czym świadczyły grube na półtora metra mury, strzelnice z wystającymi narożnikami czy wieżyczki. Po drugiej wojnie światowej został on jednak zburzony. Spacerkiem okrążamy rynek dookoła, podziwiając stare kamieniczki które przetrwały. Część zabudowy rynku jest nowa tzn. z czasów radzieckich i nie bardzo harmonizuje z otoczeniem. Mamy kłopoty z wykonaniem zdjęć bowiem budynki często są zasłonięte przez rozbuchaną zieleń. To zjawisko obecne na całej Ukrainie jaką widzieliśmy. Nie pielęgnowane drzewa i krzewy rozrastają się do sporych rozmiarów i często rozsadzają chodniki czy nawet uszkadzają mury budynków a wszędzie zarastają przejścia pomiędzy ulicą a budynkami. Szczególnie tu w Zaleszczykach widok taki nie przywodzi na myśl obrazów z przedwojennych pocztówek, z naddnistrzańskich plaż ze spacerowymi alejkami obsadzonymi szpalerami równo przyciętych drzewek, stojących jak żołnierze w szeregu. Z rynku postanawiamy udać się na plażę, która widzieliśmy z "rumuńskiego" brzegu. Spytaliśmy przechodniów o drogę i pojechaliśmy według ich wskazówek. Już niedaleko celu utknęliśmy jednak, słysząc szum rzeki. Stanęliśmy w miejscu gdzie co prawda droga prowadziła w jej kierunku, jednak jej stan i nachylenie nie wyglądały zapraszająco. Gdy tak wahaliśmy się czy jechać dalej , czy też zostawić samochód i iść pieszo, zobaczyliśmy przyglądającego się nam z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy krzepkiego staruszka. Postanowiliśmy skonsultować z nim nasze plany. Pan Romanko, bo to on właśnie był tym zainteresowanym nami starszym jegomościem, okazał się bardzo sympatyczną i barwną postacią. Jest to rdzenny mieszkaniec Zaleszczyk, narodowości ukraińskiej, urodzony w roku 1919, a więc mający 85 lat. Jak na swój wiek (i nie tylko na swój wiek) jego kondycja fizyczna i stan umysłu a szczególnie pogoda ducha jest do pozazdroszczenia. Poza piękną polszczyzną nasz rozmówca włada jeszcze kilkoma innymi językami. Oczywiście ukraińskim i rosyjskim ale także rumuńskim i węgierskim. Cytował on nam z pamięci piosenki i wiersze w tych językach. Niektóre z nich były nawet dość pokaźnej długości. Znakomita polszczyznę Pan Romanko zawdzięcza, jak sam zresztą stwierdził, ukończonej przezeń przed wojną polskiej szkole. Przed wojną już pracował w jednym z zaleszczyckich pensjonatów. Teraz po śmierci żony, żyje samotnie mimo to nie tracąc pogody ducha, którą nas zauroczył. Nie jest on jednak wyjątkiem. Zaobserwowaliśmy bowiem, że mimo nieciekawej sytuacji materialnej wielu ludzi tam mieszkających wręcz tryska optymizmem i humorem. Pan Romanko nie kojarzył mojego nazwiska. Nie należy się dziwić, w końcu mój ojciec jest od niego młodszy o pięć lat a brat ojca o trzy. Rzadko pamięta się przecież kolegów z młodszych klas. Nie obce naszemu rozmówcy były jednak, znane mi z opowiadań ojca, nazwiska jego kolegów a w tym Adama Jarskiego (starszy kolega taty z harcerstwa, zastępowy, zginął pod Montecassino, syn notariusza z Zaleszczyk). Bardzo sympatycznie się nam rozmawiało. Ale cóż, czas leci a my chcemy jeszcze zobaczyć to i owo. Nasz rozmówca sugeruje aby postawić samochód pod jego domem i dalej iść pieszo. Do Dniestru jest stąd jeszcze tylko chwila, drogą w dół. Po dotarciu nad rzekę, Michał postanawia się wykapać. Tylko on w tej chwili dysponuje stosownym strojem. Reszta rodzinki stoi na brzegu i z zazdrością patrzy na jego igraszki w wodzie. Co prawda raz po raz go strofujemy, bo jest to jego pierwsza kąpiel w rzece i nie jest on świadomy mogących czyhać tu niebezpieczeństw. Pamiętam z opowiadań taty, że zdarzały się tu dość spore wiry. Miejscowi, wychowani nad rzeką, patrzą na to widowisko ze zdziwieniem i uspokajają nas mówiąc, że nic złego Michałowi tu nie grozi. Zbliża się godzina osiemnasta, a więc pora zbierać się na mszę. Nie bez protestów dzieci wracamy do kościoła. Wnętrze świątyni zwraca uwagę swoim wykończeniem a przede wszystkim plastikową boazerią do wysokości około dwóch i pół metra. Później dowiedzieliśmy się, że jest to najtańszy i najbardziej dostępny sposób na ukrycie szkód spowodowanych wieloletnim magazynowaniem w budynku kościoła soli czy nawozów sztucznych. Ponoć kiedyś wnętrze zdobiły freski ze scenami z życia patrona - św. Stanisława. W wyniku pełnionej przez lata funkcji magazynu, do dziś niewiele z nich zostało. Na ścianach zawieszone są kinkiety, jakie kiedyś kupowano do mieszkań. Zamiast ławek, ustawiono w równych rzędach krzesła prawdopodobnie kiedyś używane w szkole. Ogólnie jest bardzo skromnie. We mszy oprócz nas uczestniczy pięć parafianek. Wszystkie to kobiety w podeszłym wieku. Do mszy służy wnuk gosposi księdza Andriej. Melodie pieśni śpiewanych podczas mszy różnią się nieco od tego co znamy. Niewykluczone, że są one bliższe wykonaniom z nabożeństw sprzed kilkudziesięciu lat jakie odbywały się w tej świątyni przed nastaniem władzy radzieckiej. Jest w tej całej sytuacji coś, co chwyta za gardło. Toż to przecież skrawek Polski w miejscu, z którego odeszła ona już dawno, w miejscu gdzie przez lata starano się zatrzeć pamięć o niej, w miejscu gdzie do niedawna nie do pomyślenia była wizyta dawnych jego mieszkańców... Łza się w oku kręci... No ale cóż, "trzeba z żywymi naprzód iść...". Po mszy idę z Michałem do naszego pokoiku a Ilona z Małgosią na zakupy do położonego po drugiej stronie ulicy bardzo przyzwoitego sklepu, nawiasem mówiąc, bardzo dobrze zaopatrzonego ale świecącego pustkami jeśli chodzi o klientów. W pokoju dopada nas gospodyni księdza z informacją, że "ksiądz prosi na herbatę". Zaproszenie zostało wypowiedziane tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zostaliśmy z Michałem niemal zaaresztowani i odprowadzeni do mieszkania proboszcza. Na moją propozycję, że może poczekam na żonę i córkę, i za chwilę razem przyjdziemy, gosposia powiedziała, że panie już wiedzą o spotkaniu i mają się na nie stawić niezwłocznie po wyjściu ze sklepu, nie zachodząc już do pokoju. I faktycznie po drodze spotkaliśmy się. Okazało się, że herbata to tylko pretekst, a tak naprawdę to jesteśmy zaproszeni na kolację. Poza księdzem, jego gosposią, Andriejem - ministrantem i nami na kolacji była jeszcze jedna osoba - pani Barbara, która kilka dni temu obchodziła 82 rocznicę urodzin. Z tej okazji był nawet toast szampanem. Pani Barbara to równie barwna postać jak spotkany przez nas wcześniej pan Romanko. Naszemu Michałowi wypadło siedzieć przy stole obok jubilatki. Gdy wszyscy zajęli miejsca, zwróciła się ona do niego w te słowa: "Ja jestem Barbara, a panicz jak ma na imię?". Michała zamurowało na chwilę, nas zresztą też. Pani Barbara okazała się bardzo sympatyczną i pogodna osobą. Za władzy radzieckiej pracowała jako logopeda. Jest osobą bardzo starannie wykształconą obdarzoną fenomenalną wręcz pamięcią. Podczas kolacji recytowała nam wiersze i polskie i ukraińskie a jeden z nich miał objętość porównywalną z co najmniej jedną księgą "Pana Tadeusza". Niejeden aktor nie zrobiłby tego lepiej. Patrząc na każdy ruch i gest jubilatki nabraliśmy ponadto przeświadczenia o jej ziemiańskim pochodzeniu. Chwilami czuliśmy się jakby czas się cofnął o kilkadziesiąt lat i był powiedzmy lipiec 1939 roku... Będziemy jeszcze długo wspominać tę kolację. Rozmowy, żarty, wiersze - wszystko to ciągnęło się do późnego wieczora. Jednak zaplanowana przez nas wczesna pora odjazdu następnego dnia nie dała nam się do końca nasycić tą przedziwnie magiczną atmosferą.
|
|