|
|
No cóż, jak mówią niektórzy, zasady są po to aby je łamać. Opisując naszą ubiegłoroczną podróż na Krym zaznaczyłem, że staramy się nie wracać w te same miejsca przed upływem co najmniej dziesięciu lat. Jednak magnetyzm Krymu spowodował, że zasada ta poszła na bok. Zresztą już wędrując po Krymie stwierdziliśmy, że musimy tam wrócić, choćby po to aby zobaczyć to czego nie udało się nam obejrzeć wtedy. Po powrocie klamka zapadła; wakacje 2004 - Krym po raz drugi. Nie bez znaczenia był tu też nasz kilkugodzinny pobyt w Zaleszczykach. Przemożna chęć bliższego poznania tego miasteczka zwyciężyła. Kolejną trasę wędrówki na Krym zaplanowaliśmy też przez Zaleszczyki i to w ten sposób aby spędzić tam nieco więcej czasu. Znając już jednak dobrze standard ukraińskich hoteli, postanowiliśmy jakoś zapewnić sobie nocleg we w miarę przyzwoitych warunkach. Wiedząc o kontaktach środowiska byłych mieszkańców Zaleszczyk z proboszczem Parafii św. Stanisława, zdecydowałem się poprosić mojego tatę aby za pośrednictwem kolegów z tamtych lat dowiedział się od księdza jak przedstawiają się możliwości noclegu w Zaleszczykach. W tym samym czasie korespondując poczta elektroniczną z webmasterem witryny "Zalishchyky on-line" Olexandrem Homyshynem (Олександр Хомишин) dowiedziałem się, że w miasteczku są dwa hotele: "Старі Заліщики" i "Обіжево". Mój informator, jako mieszkaniec Zaleszczyk nie znał szczegółów ich standardu, jednak polecił mi Обіжево jako lepiej wyglądający. Podał mi też numery telefonów (administrator hotelu „Старі Заліщики” tel. +380-3554-213-03, hotel „Обіжево” tel. +380-3554-217-53) gdzie mogę dowiedzieć się więcej. Jeden z kolegów ojca skontaktował się z księdzem proboszczem i przedstawił mu nasze plany. Ksiądz potwierdził informacje jakie uzyskaliśmy od Olexandra uzupełniając je o informację o tym, że jeden z hoteli jest świeżo po remoncie i tam właśnie warunki mogą być znośne. Zaznaczył też, że w budynku kościelnym dysponuje kilkoma pokojami gościnnymi i może nas przenocować. Po namyśle postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia księdza proboszcza i telefonicznie ustaliliśmy szczegóły naszego przyjazdu.
Jeszcze przed podjęciem starań o zapewnienie noclegu w Zaleszczykach, napisaliśmy krótki list do naszych ubiegłorocznych gospodarzy z Ałuszty, nie dysponowaliśmy bowiem numerem ich telefonu. W liście zapytywaliśmy o możliwość zakwaterowania na przełomie lipca i sierpnia. Odpowiedzi jednak nie otrzymaliśmy. Na stronie internetowej Ałuszty (http://www.alushta.org/) znalazłem książkę telefoniczną (http://www.alushta.org/kv_phonebook.php), gdzie z kolei odszukałem ich numer telefonu (Катя и Саша Воеводкин, ул. Заречная 14, 98500 г. Алушта, АР Крым, Ukraina – Україна, tel. +380-6560-304-49). Zniecierpliwieni oczekiwaniem odpowiedzi zadzwoniliśmy do Ałuszty. Telefonicznie uzyskaliśmy zapewnienie, ze kwatera w podanym przez nas terminie będzie na nas czekać i wstępnie też uzgodniliśmy cenę noclegu na 30 USD za dobę. Wyższa cena w porównaniu z ubiegłym rokiem wynikała z tego, że tym razem wybieraliśmy się o miesiąc później a więc praktycznie w środku sezonu.
Wszystko było dogadane, pozostawało zatem tylko jechać. Pierwszą noc na trasie tradycyjnie spędziliśmy w pokojach gościnnych Nadleśnictwa Krasiczyn w Przemyślu. Na granicy w Medyce byliśmy w poniedziałek 19 lipca około godziny 7.30 naszego czasu. Przekroczenie granicy nie różniło się od naszych ubiegłorocznych doświadczeń. No może z tym, że po wjechaniu na ukraińską ziemię zostaliśmy, delikatnie mówiąc, "namówieni" do zakupu ubezpieczenia zdrowotnego w firmie Ukrinmedstrach mimo, że posiadaliśmy już tego typu ubezpieczenie w jednej z polskich firm ubezpieczeniowych. Za planowane siedemnaście dni pobytu na dwie osoby zapłaciłem 72,- UAH. Nie wiem czy wynika to z iloczynu 17 dni x 2 osoby x 8,50 UAH czy z tabeli np. progresywnej lub degresywnej... W certyfikacie (polisie) wymieniono mnie plus jedną osobę, co było wynikiem naszych nie do końca szczerych zeznań (dzieci spały w samochodzie, a jak wspominałem tego typu ubezpieczenie już mieliśmy). Rozwiązanie dobre bo w razie czego tą plus jedną osobą mógł być każdy z trzech pasażerów auta. Do ubezpieczenia zostaliśmy nakłonieni metodą tzw. "łagodnej perswazji". W ubiegłym roku nikt nas do niczego nie nakłaniał a ukraińskie OC wykupiliśmy wówczas z własnej i nie przymuszonej woli za kwotę 6,- UAH. Wtedy też nikt tzw. strahowki nie sprawdzał ani na granicy ani też później oczywiście.
Pisząc o ubezpieczeniach na terenie Ukrainy nie można nie wspomnieć o AC. "Polskie polisy AC są ważne na terenie Ukrainy, ale z wyjątkiem odpowiedzialności za kradzież; na kradzież trzeba wykupić dodatkową opcję. Nawiasem mówiąc, pozycja Ukrainy w rankingu ryzyka ubezpieczeniowego w ciągu ostatniego roku znacznie się poprawiła, więc ceny wykupu tej opcji znacznie zmalały. W firmie Warta np. ubezpieczenie tej opcji przy wartości samochodu 30 tys. zł. kosztowało jeszcze w ubiegłym roku ok. 1000 zł, a obecnie zapłaciliśmy zaledwie ok. 250 zł. Okres ważności takiego rozszerzenia wynosi pół roku i obejmuje dowolną ilość wyjazdów w tym czasie (oprócz Ukrainy obejmuje też kraje nadbałtyckie, ale nie Białoruś i Rosję). Na granicy można też kupić dość tanio ubezpieczenie ukraińskie (kilkanaście grzywien)." Tak piszą na SPUTNYK-u. W ubiegłym roku nie udało mi się dokonać owego rozszerzenia, cena była zaporowa (+100% składki za kradzież na cały rok). Podobne informacje otrzymałem w PZU i w Warcie. W tym roku postanowiłem poszukać AC na Ukrainie. W tym celu zasięgnąłem w tej sprawie języka w konsulatach na Ukrainie wysyłając e-maila o terści: "Bardzo proszę o wiadomość, czy na Ukrainie funkcjonuje odpowiednik polskiego ubezpieczenia pojazdów autocaso (szczególnie w zakresie kradzieży), ew. gdzie można zasięgnąć informacji na ten temat?" Na mój e-mail otrzymałem odpowiedzi:
- z Kijowa:
"Szanowny Panie!
Nie zajmujemy się poruszonym przez Pana tematem, jednak Ukraińskie firmy ubezpieczeniowe oferują oczywiście ubezpieczenia typu AC. Również nie wszystkie polskie firmy ubezpieczeniowe ograniczają odpowiedzialność AC na Ukrainę, np. w PZU AC na Ukrainę działa normalnie tylko należy wykupić dodatkową składkę od kradzieży samochodu na Ukrainie (ok. 1 % wartości).
Z poważaniem
Konsulat Generalny RP
w Kijowie"
- i z Łucka
"W odpowiedzi na Pana e-mail z 11 lipca br powiadamiam, że informacji na ten temat można zasięgnąć na stronie www.msz.gov.pl, korzystając z linku "Polak za Granicą" lub w polskich firmach ubezpieczeniowych.
Z poważaniem
Walery Wierzbicki
Wicekonsul
Konsulat Generalny RP w Łucku"
Pierwsza odpowiedź natchnęła mnie otuchą, bowiem mówiąc ogólnie potwierdzała wiadomość na SPUTNYK-u. Pobiegłem do mojego oddziału PZU i już, już pani wyliczyła mi składkę ok. 200,- zł za 3 tygodnie, ale jeszcze zadzwoniła do szefa aby się upewnić. Ten jednak ostudził moje zadowolenie, bo stwierdził, że może składkę przyjąć ale tylko obliczoną proporcjonalnie do końca okresu ubezpieczenia (data ważności mojej polisy AC) tj. w moim przypadku do marca 2005, co wyniosłoby ok. 900,- zł. I tu postanowiłem skorzystać ze znajomości. Nie wdając się w szczegóły udało mi się dokonać "rozszerzenia" AC w zakresie kradzieży na Ukrainę, na jeden miesiąc za mniej niż 100,- PLN. Bez "poparcia" nie załatwiłbym tego. A poparcie polegało jedynie na skłonieniu kogoś do zastanowienia się nad, co tu dużo mówić, rzadkim przypadkiem - bo przecież ludziska na Ukrainę nie walą autami "drzwiami i oknami". Tak, czy inaczej przekraczając granicę byłem w tym roku nieco spokojniejszy o samochód, nie tylko po doświadczeniach roku ubiegłego ale i mając w kieszeni polisę AC.
Zaopatrzeni zatem w polisę ubezpieczeniową Ukrinmedstrachu, ruszyliśmy w drogę. Lwów ominęliśmy od południa obwodnicą. Te ukraińskie drogi omijające miasta są zaprojektowane całkiem rozsądnie. Samej nawierzchni (jak prawie wszystkich dróg w tym kraju) można zarzucić wiele. Jednak przebieg obwodnicy jest taki, że prowadzi ona dużym łukiem poza miasto, pozostawiając znaczne tereny dla jego rozbudowy w przyszłości. U nas nie wszyscy projektanci dróg przewidują, że miasta będą powiększały swój obszar. Jadąc obwodnicą znaleźliśmy się na dalekich peryferiach miasta. Długość łuku obwodnicy powoduje, że na przejazd nią decydują się tylko kierowcy jadący tranzytem. Ruch lokalny nie zahacza o obwodnicę. Mimo tłoku panującego w mieście nikt raczej nie zdecyduje się na przejazd z jednego końca miasta na drugi obwodnicą tym bardziej, że i tutaj zdarza się tłok. Tak było i tym razem. Gdzieś w połowie tej magistrali natrafiliśmy na kolumnę bardzo wolno poruszających się pojazdów. I tu po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć pokaz kozackiej fantazji tubylców. Im większe auto, tym większa fantazja - dla nich wyprzedzenie kilkukilometrowej kolumny aut poboczem z prawej strony to normalka. DAI (ДАІ - Державна Автомобільна Інспекція) nie zwraca na to uwagi lub oni nie zwracają uwagi na DAI. Jest to rodzaj uprzywilejowanych kierowców jeżdżących z reguły dużymi, często terenowymi brykami rozsiewającymi jeszcze zapach nowości.
Minąwszy Lwów zatrzymujemy się na śniadanie i poranną kawę w małej sympatycznej knajpce przy drodze. Posileni ruszmy dalej w kierunku Tarnopola, gdzie skręcamy na południe drogą na Czerniowce. Droga początkowo wiedzie obwodnicą Tarnopola, omijając miasto od południa a potem skręca jeszcze bardziej na południe w stronę Trembowli. Przez niecałe trzy kilometry przybiera postać czegoś na kształt autostrady, ale po chwili okazuje się, że to tylko krótki odcinek takiego luksusu. Mijamy Trembowlę, Kopyczyńce, Czortków, Jagielnicę. Przed miejscowością Tłuste zatrzymujemy się w przydrożnym grill-barze na obiad. "Lokal" jest bardzo niepozorny ale smakowity dym unoszący się znad grilla pachnie obiecująco. Jadłospis oczywiście po ukraińsku i do tego jeszcze napisany ręcznie. Mamy kłopoty aby coś wybrać. Widząc nasze nieporadne próby rozszyfrowania tego menu, stojąca za barem kelnerka zagaduje do nas po polsku: "ja państwu wszystko wytłumaczę". Po krótkiej rozmowie zamawiamy dwa razy barszcz ukraiński, dwie porcje szaszłyku z baraniny z zapiekanymi ziemniakami i surówką z kapusty i dwa filety z kurczaka. Po chwili okazuje się, że filetów już nie ma, zatem dzieciom zamawiamy też po szaszłyku. Pani co prawda sugeruje aby dzieciom wziąć jedną porcję, jednak my nie odpuszczamy. Na początek wjechał barszcz z chlebem. Zupka palce lizać! W międzyczasie obserwujemy przygotowanie szaszłyków. Widząc jednak ilość mięsa, którą na nie przeznaczono przypuszczamy, że dwoje ludzi, którzy przyjechali po nas także zamówili szaszłyki. Gdy kelnerka przynosi nam nasze drugie danie okazuje się jednak, że cała baranina, którą dotąd widzieliśmy jest nasza! Szaszłyki podano w sporych rozmiarów misce, napełnionej "z czubkiem". Szaszłyk to tutaj samo mięso, żadnej cebuli czy słoniny. Do tego każdy dostał spory talerz ziemniaków i surówkę. Wszystko było wspaniałe. Ziemniaki obsmażane z dużą ilością tłuszczu i ziołami (może szczypiorkiem ale nie na pewno). Surówka z kapusty zaciągnięta sosem majonezowym. No i szaszłyk barani najlepszy jaki kiedykolwiek jedliśmy. Niestety mimo, sporego głodu, nie byliśmy w stanie wchłonąć wszystkiego. Co najmniej jedna trzecia zawartości miski została! Jak na miejscowe warunki, ten obiad na cztery (a może sześć osób) kosztował nas sporo bo jakieś niecałe 60,- PLN. Życzę przyjemności w poszukiwaniu w Polsce takiego obżarstwa za podobne pieniądze. Po obiedzie kierujemy się w stronę Zaleszczyk, dokąd zostało nam jeszcze nieco ponad 20 km.
|