|
|
|
Na poniedziałek 26 lipca zaplanowaliśmy sobie wycieczkę samochodem aż do Bakczysaraju. Miejsce to odwiedziliśmy co prawda już w ubiegłym roku, jednak w pośpiechu przeoczyliśmy jedną z większych atrakcji w najbliższej okolicy, jakim jest skalne miasto. Znając już z ubiegłego roku drogę z Ałuszty przez Jałtę do Bakczysaraju decydujemy się na może mniej malowniczą ale szybszą przez Symferopol. Z Ałuszty wyruszamy drogą M-18 na północny zachód aby w Symferopolu zmienić kierunek i drogą M-26 udać się na południowy zachód. Po drodze na przełęczy Angarskiej zatrzymujemy się tuż za stałym posterunkiem DAI, gdzie jest kilka straganów głownie z owocami. Na jednym z nich kupujemy nie lada smakołyk, zatopione w pysznym miodzie, ułożone warstwami orzechy różnych gatunków: włoskie, nerkowca, arachidowe, laskowe. Pychota! W Bakczysaraju jesteśmy koło południa. W miasteczku mijamy pałac Chanów Krymskich i docieramy na płożony możliwie najbliżej Uspienskiego Monastyru parking strzeżony, których jest tu sporo z powodu dość znacznego nagromadzenia atrakcji turystycznych. Po wyjściu z samochodu stwierdzam z przykrością, że prawdopodobnie na dość wyboistym ostatnim odcinku drogi odfrunął jeden z kołpaków. Mając nadzieję, że nie jest to zła wróżba ruszamy w kierunku skalnego miasta. Droga wiedzie obok Uspienskiego Monastyru, który mijamy, mając w pamięci ubiegłoroczną w nim wizytę. Jednak jego widok nie daje możliwości aby oprzeć się zrobieniu choć kilku zdjęć. Droga za monastyrem łagodnie pnie się w górę, aby po około kwadransie dotrzeć do małej polanki gdzie można m. in. spróbować swoich sił w jeździe konnej. Do tego miejsca co kilkanaście metrów spotykamy stragany z pamiątkami. Za polanką droga staje się coraz bardzie stroma aby po chwili wyjść spomiędzy drzew na otwartą przestrzeń gdzie panujący upał nieco bardziej daje się we znaki. Po pewnym czasie szeroka droga przeistacza się w wąską ścieżynę wijącą się zakosami pod górę. Upał doskwiera coraz bardziej i nasze tempo marszu staje się coraz wolniejsze. Docieram do drogowskazu kierującego do wejścia do bliżej nie określonych podziemi, o których nie było wzmianki w przewodniku. Po kilkudziesięciu metrach (Bogu dzięki, po warstwicy) dochodzimy do płytkiego rowu przykrytego zadaszeniem z folii, gdzie znajduje się wejście do „podziemnego systemy pod murami Czufut-Kale”. Taka lokalizacja powoduje, że promienie słoneczne nagrzewają powietrze pozostające w bezruchu, wzmagając upał. Być może jest to chwyt marketingowy, bowiem któż mając świadomość przyjemnego chłodu panującego w podziemiach, nie zdecyduje się zapłacić tych kilku hrywien za chwilę ochłody. Małgorzata wraz z mamą, jako odporniejsze na wysokie temperatury i bardziej bojaźliwe co do penetracji podziemnych korytarzy nie decydują się na wycieczkę w głąb podziemnych umocnień. Michał wierci mi dziurę w brzuchu i choćbym nie chciał, nie mam wyjścia. Młody jegomość wręcza nam bilety i przekazuje w ręce przewodnika. Zanim zatrzasnęły się za nami ciężkie stalowe drzwi, dołącza do nas jeszcze dwoje miejscowych turystów. Prowadzący w dół pod kątem 22° korytarz jest oświetlony, jednak na tyle skromnie, że zrobienie tu dobrego zdjęcia aparatem z ręki nie jest łatwe. Już od pierwszych metrów wędrówki daje się odczuć przyjemny chłód, który nas tu zwabił. Z każdym krokiem w dół, narasta w mnie świadomość, że drogę tę trzeba będzie pokonać z powrotem pod górę, co nie budzi mojego entuzjazmu. Póki o jednak poruszamy się w dół. Czas powstania tunelu drążonego w litej skale nie jest ściśle określony. Przypuszcza się, że mógł on powstać we wczesnym średniowieczu i być wykorzystywany do czasów Chanatu Krymskiego. Prace badawcze zmierzające do opisania hydrotechnicznych budowli w obrębie krymskich twierdz rozpoczęto stosunkowo niedawno, bo w roku 1979. Podziemny chodnik u stóp twierdzy w Czufut-Kale odkryto w roku 1998. Prace eksploracyjne były prowadzone przez członków Centrum Turystyki Speleologicznej „Onyks-Tur” z Symferopola przy współudziale Związku Karaimów Krymskich i Instytutu Surowców Mineralnych. Ze względu na społeczny charakter przedsięwzięcia prace były prowadzone głównie w czasie wolnym ich wykonawców. Korytarz którym się posuwamy nosi nazwę „złotych schodów”. Nazwano go tak dlatego, że prowadził do wody, która w czasach jego budowy miewała na terenie górnego Krymu wartość większą niż złoto. Po pokonaniu 108 m dochodzimy do miejsca, gdzie na głębokości około 26 m poniżej wejścia do korytarza spotyka się z pionowym kanałem studni, która od tego miejsca opada w dół spiralnie wydrążonym w skale „gwintem”, po którym schodzimy na głębokość 45 m gdzie niegdyś w ogromnych kamiennych basenach gromadzono zbierającą się tu wodę. Ze względu na legendy krążące o tajemniczych podziemiach wokół twierdzy Kyrk-Ora (stara nazwa Czufut-Kale) ich poszukiwania trwały już od dawna. Jeszcze przed wojną usiłowały je odnaleźć specjalne grupy NKWD a w czasie okupacji Niemcy. Jak pokazały najnowsze odkrycia, poszukiwania te nie były pozbawione sensu. Otóż 20 marca 2002 roku w bezpośrednim sąsiedztwie wejścia do podziemnego chodnika, w trakcie prac mających na celu udostępnienie obiektu do zwiedzania, odkryto wielki skarb złożony z 4280 monet, głownie srebrnych oraz 29 złotych weneckich dukatów z lat 1425 – 1430 i 1 arabski denar z tego samego okresu, który według naszego przewodnika jest jednym z trzech znanych egzemplarzy tej monety. Cóż, można powiedzieć, że się spóźniliśmy. Kto wie, jednak co jeszcze kryją podziemia Czufut-Kale i innych krymskich skalnych miast? Po wyjściu z podziemi pozostaje nam do pokonania ostatni odcinek drogi do bram właściwego miasta, dokąd dostajemy się po wykupieniu biletów. Czufut-Kale jest najlepiej zachowanym skalnym miastem na półwyspie Krymskim. Czas w którym powstało nie jest jednoznacznie określony. Rozbieżności w tej sprawie wśród badaczy są dość spore. Jedni powstanie miasta datują na wiek VI naszej ery, inni natomiast początków osadnictwa upatrują pomiędzy X a XII wiekiem. Wiadomo natomiast, że ostatni mieszkańcy opuścili to miejsce w latach siedemdziesiątych XIX wieku a byli nimi karaimowie za przyczyną, których w XVI w. miasto otrzymało dzisiejszą nazwę, tłumaczoną jako „Żydowska Twierdza”. Kroczymy w zadumie jedną z głównych ulic miasta, mając świadomość obcowania z historią i usiłując sobie wyobrazić jak wyglądało tu życie przed setkami lat. Nasze zainteresowanie potęguje zetknięcie się z dotąd nieznaną nam kultura karaimów, których religia „...oparta jest na Starym Testamencie, a zwłaszcza na zawartym w nim Dekalogu (...) W odróżnieniu od trzech innych religii monoteistycznych, tzn. mojżeszowej, chrześcijańskiej i mahometańskiej, których podstawą również jest Stary Testament, ale uzupełniony odpowiednio: Talmudem, Nowym Testamentem i Koranem, podstawą religii karaimskiej jest Pięcioksiąg i 19 Ksiąg Proroków, a Dekalog jest zasadniczym drogowskazem i kodeksem moralnym i etycznym” (za: http://www.karaimi.home.pl). Z ocalałych zabytków w pierwszej kolejności odwiedzamy dwa karaimskie domy modlitewne zwane kenesami, z XIV i XVIII wieku. Dalej przechodzimy w kierunku mauzoleum Dżanike-Chanym, córki jednego z chanów, powstałego w 1437 roku. Jednak nie ów zabytek architektury przyciąga nasz wzrok. Kilka metrów od niego podłoże urywa się, odkrywając wspaniałą panoramę okolicy. Może właśnie to miejsce zainspirowało Mickiewicza do napisania sonetu „Droga nad przepaścią w Czufut-Kale”. Widok ten docenili także reżyserzy filmowi z czasów radzieckich, umieszczając tu plenery udające Kordyliery. Tak prawdę mówiąc, to mauzoleum zauważyliśmy dopiero po chwili, gdy nasyciliśmy oko widokiem z tego miejsca. Magnetyzm tego miejsca wykorzystał tez miejscowy fotograf, instalując się tu ze swoim punktem. Do dyspozycji jest cała gama historycznych ubiorów, tatarska szabla i do kompletu żywy koń. Michał oczywiście korzysta z okazji i zamawia sobie sesję zdjęciową. Okazuje się, że fotograf płynnie mówi po polsku, za przyczyną dwóch swoich babek pochodzących z Polski. Po dłuższym postoju wędrujemy dalej w stronę jednego z chyba najlepiej zachowanych zabudowań, domu najznamienitszego karaimskiego uczonego, pochodzącego z Łucka Abrahama Firkowicza, żyjącego w latach 1786 – 1874, badacza starych rękopisów. Nawiasem mówiąc nazwisko Firkowicz, przewija się wśród zamieszkałych dzisiaj w Polsce Karaimów. Obecnie w zabudowaniach tych funkcjonuje jedyna w swoim rodzaju kawiarnia. Niepowtarzalności nadaje jej nie tylko położenie ale i brak... wody. Każda kropla wody pochodzi z deszczówki lub jest transportowana z podnóża góry. Woda a ściślej jej brak spowodował prawdopodobnie definitywne wyludnienie się Czufut-Kale. Nie przeraża nas ewentualny wpływ niedostatku wody na higienę w tym miejscu i zamawiamy kawę i chałwę. Kawa jak wszędzie na południu jest w mocna jak siekiera, ale za to w mikroskopijnej filiżance. Chałwa natomiast... też jest „niewielkiego wzrostu” (cztery porcje mieszczą się na spodeczku od filiżanki) a w smaku przypomina wszystko ale nie znany nam przysmak. Choć trzeba przyznać, że mając na uwadze pierwotne znaczenie tego słowa, występującego w podobnej formie w językach arabskich i grece, (cukierek) wielkość porcji pasuje tu znakomicie. Ponadto chałwa to przysmak, wolno psujący się nawet w sprzyjających warunkach, zawiera bowiem sezaminę - tajemniczą substancję chemiczną, której jedynym źródłem na świecie jest ziarno sezamu. Jest ona naturalnym antyutleniaczem, dzięki któremu produkty zawierające sezam bardzo wolno się psują i dzięki któremu podobno organizm ludzki wolniej się starzeje. Tak posileni ruszamy w drogę powrotną tym bardziej, że nad Skalne Miasto nadciągają burzowe chmury. Jeszcze tylko rzut oka na stoisko z pamiątkami. Pośpiesznie oglądam anglojęzyczny albumik ze znakomitymi zdjęciami okolicy, pod tytułem „Miasto w którym nikt nie mieszka”. Tytuł ten oddaje całą atmosferę tego miejsca. Schodząc w dół dopada mnie przeczytana wcześniej informacja z przewodnika o zlokalizowanym w pobliżu największym cmentarzu karaimskim, będącym celem pielgrzymek Karaimów z całego świata. Takiego miejsca nie sposób ominąć. Na chwilę zatem zbaczamy z trasy aby zobaczyć choć jego skrawek. Robi się ciemno wszystko wskazuje na to, że za chwilę spadnie ulewny deszcz, wracamy zatem na nasza drogę i przyspieszamy kroku. Po kilkunastu minutach jednak pogoda poprawia się i wychodzi słońce. W okolicach parkingu, na którym zostawiliśmy samochód, chcemy iść do baru, jednak wszystkie miejsca są zajęte. Decydujemy się zatem na odłożenie obiadu na później. Tuż przed pałacem Chanów Krymskich zatrzymujemy samochód, aby wymienić trochę dolarów na hrywny. Jak spod ziemi wyrasta parkingowy i kasuje opłatę za ta chwilę i usilnie namawia nas na obiad w tatarskiej restauracji, do której chce nas zaprowadzić. Gość jest tak sugestywny, że w końcu poddajemy się i idziemy za nim. Po chwili zastanawiamy się, czy aby czasem nie daliśmy się wpuścić w maliny i czy nie padniemy zaraz ofiarami swojej naiwności, bowiem trasa do restauracji wiedzie bardzo dziwnymi zaułkami. Jednak w końcu docieramy do celu. Restauracja (w tutejszej nomenklaturze „kafe-bar”) nazywa się z tatarska „Chabżi-Kokej” a z jej tarasu roztacza się ponad dachami domów wspaniały widok na pałac. Nasz parkingowy - przewodnik pan Kazimierz (jak się okazuje tez o polskim rodowodzie) zostawia nas pod opieka kelnerki, która z kolei prowadzi nas do wnętrza restauracji. Otrzymujemy tu do dyspozycji jedno niewielkie pomieszczenie o podobnie jak pozostałe podwyższonej podłodze zasłanej wielobarwnymi puszystymi dywanami. Oczywiście zdejmujemy obuwie i zasiadamy „po turecku” przy niskim stole. Przeglądając menu dajemy upust swojemu nastrojowi wywołanemu tak niecodzienną sytuacją, czym nasza kelnerka wydaje się być zaskoczona. Zamawiamy ostrożnie, znane nam już wcześniej potrawy miejscowej kuchni czeburieki i płow. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodzą dźwięki rozmowy w języku angielskim. Nie jesteśmy zatem jedynymi obcokrajowcami w tym miejscu. Po konsumpcji nie korzystamy z miejscowego zwyczaju poobiedniej drzemki na „dywanowych” posłaniach przy stole. Jeszcze tylko rzut oka na Pałac Chanów i wracamy do samochodu. Jadąc przez Bakczysaraj znajdujemy po drodze zgubiony kołpak, niestety po przejechaniu go przez kilka aut, nie nadaje się on już do użytku. Do Ałuszty wracamy tą samą drogą czyli przez Symferopol. Wieczorem już tylko spacer nad morzem i kolacja w knajpce, którą mijamy co dzień idąc na plażę. Zawsze z zaciekawieniem spoglądaliśmy do wnętrza jej „ogródka”. Dzisiaj przyciągnęła nas utwory z repertuaru Beatlesów w wykonaniu miejscowych muzyków, nadające temu miejscu miłą atmosferę.
Kolejny dzień – wtorek, 27 lipca przeznaczamy na miejscowe atrakcje, głównie plażowe, choć nie tylko. W drodze nad może zatrzymujemy się przy stoisku, gdzie oferowane są wycieczki po bliższych i dalszych okolicach Ałuszty, głównie samochodami terenowymi, choć nie tylko, bo także do dyspozycji są trasy konne i to od kilkugodzinnych do nawet ośmiodniowych obozów. Po namyśle decydujemy się na trzygodzinną trasę jeepem, na którą sprzedawca proponuje promocję cenową. Koszt wycieczki wynosił 100 UAH, niezależnie od liczby uczestników. Po wpłaceniu zaliczki umawiamy się na godzinę dziewiątą rano następnego dnia. Samochód ma podjechać pod dom, w którym mieszkamy. Wieczorem jeszcze tradycyjny niemal już spacer nadmorską promenadą i tym razem zdjęcia w towarzystwie jednego z dwóch czarnoskórych osobników na tle sztucznych palm i czarnomorskiej toni. Małgosia funduje sobie zdjęcie z Johnnym Depp’em a ściślej młodym człowiekiem wyglądającym niemal jak kapitan Jack Sparrow. Natomiast Michał zapragnął uwiecznić się na prawdziwym jednośladzie marki Harley-Davidson. Do późnych godzin kręcimy się po набеpежной w tłumie przechodniów.
Zgodnie z umową o godz. 9 przed naszym domem pojawiło się terenowe auto marki KIA Asia Rocsta wraz z sympatycznym kierowcą Igorem. Trasa naszej wycieczki prowadzi w okolice masywu Demerdży skąd roztaczają się wspaniałe widoki między innymi na samą Ałusztę. Wysokość wierzchołków masywu waha się od 1239 m. n.p.m. (południowy) do 1356 m. n.p.m. (północny). Jedną z większych atrakcji okolic Ałuszty jest rejon południowego wierzchołka obfitujący w skały o fantastycznych kształtach przypominających nieco nasze formacje skalne w Górach Stołowych czy Karkonoszach. Największe skupisko skał o kształtach grzybów, mnichów, słupów itp. znajduje się na południowo-zachodnim zboczu góry i nosi nazwę Doliny Przywidzeń (Priwiedienij). Jedna ze skał nosi imię Marii – bohaterki jednej z okolicznych legend. Skałę tę ochrzczono też imieniem Carycy Katarzyny. O słuszności nazwy całej doliny niech świadczy fakt, że przyjeżdżający tu Białorusini w jej profilu widzą niekiedy rysy twarzy Prezydenta Łukaszenki... Jadąc, gawędzimy sobie z Igorem na ile pozwala na to szum wiatru w odkrytym aucie i moja znajomość rosyjskiego. Pierwszy raz zdarza mu się wozić Polaków. Przekonuję go, że będzie mu się to zdarzało pewnie coraz częściej, bowiem Krym w naszym kraju cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Po drodze zatrzymujemy się kilkakrotnie aby zrobić kilka zdjęć i wysłuchać opowiadania Igora, który też sporo fotografuje w trakcie podróży. Po pewnym czasie docieramy do ruin twierdzy Funa z VI wieku, gdzie Igor przekazuje nas w ręce młodej przewodniczki, która oprowadza nas po twierdzy skrupulatnie wszystko wyjaśniając. Koszt tej usługi jest wliczony w cenę naszej wycieczki. W ruinach robimy znowu kilka zdjęć a dwa najlepsze robi nam Igor. Muszę szczerze przyznać, że ma on fantastyczny dar zjednywania sobie słuchaczy. Już od pierwszych minut naszej wycieczki nawiązała się pomiędzy nami jakaś niewidzialna więź, jakbyśmy znali się od dawna. Po opuszczeniu twierdzy kierujemy się w stronę pól lawendy, eksploatowane niegdyś przez pobliski zakład przemysłu kosmetycznego. Zapach panuje tu jak w bajce. Zbieramy po bukieciku i w drogę. Ponownie zatrzymujemy się w punkcie postoju konnych wycieczek. Od miejscowych sprzedawców kupujemy krążek białego pasterskiego sera, chłodzonego pod bieżącą woda ze strumienia oraz butelkę czerwonego wina z Massandry o dobrze zapowiadającej się nazwie „Siódme niebo księcia Golicyna” w wydaniu kolekcjonerskim. To już ostatni punkt naszej trasy stąd jedziemy już do domu, gdzie rozstajemy się z Igorem żałując, że wycieczka trwała tak krótko. Obiecałem Igorowi, że trafi w wirtualną przestrzeń Internetu i niniejszym spełniam swoja obietnicę. Następny dzień to znowu dzień wypoczynku i słodkiego plażowego lenistwa. Dlaczego słodkiego...? Między innymi dlatego, że połowa specjałów rozprowadzanych przez sprzedawców na plaży to słodkości w różnych gatunkach i odmianach. Można tu objadać się miedzy innymi „truboczkami” czyli rurkami z nadzieniem karmelowym; strąkami z orzechów w słodkiej, owocowej masie; słodkimi bułeczkami; ciastkami nazywanymi tu „miedowaja pakława” mającymi postać znanych nam chruścików o nieco większych rozmiarach, maczanych w miodzie. Do tego można zamówić gorącą kawę lub herbatę. Sprzedawcy krążą po plaży cały czas i nie sposób spróbować wszystkiego. Oczywiście gdy zapragniemy zjeść obiad nie ruszając się z miejsca , też nie ma problemu. To znaczy jest jeden – co wybrać? Pobyt na plaży może więc osoby mniej odporne przyprawić zatem o spora nadwagę. Aby nie dopuścić do tego, następny dzień, czyli piątek 30 lipca postanawiamy spędzić na kolejnej wycieczce. Ty razem celem naszej podróży jest Sewastopol. Co prawda byliśmy tam już w ubiegłym roku jednak wówczas czasu starczyło nam jedynie na wizytę w ruinach starożytnego Chersonezu, miasta portowego z V w. p.n.e. Po drodze planujemy postój nieopodal miejscowości Fros, aby zobaczyć Cerkiew Wskrzeszenia Chrystusa zbudowaną na Krasnej Skale a ufundowaną w roku 1892 przez Aleksandra Kuzniecowa – „króla” herbaty i porcelany, który wraz z małżonką osiedlił się w Forosię w 1862 roku, ze względu na korzystny klimat, bowiem oboje cierpieli na gruźlicę. W październiku 1888 roku Imperator Aleksander III wraz z rodziną powracał koleją do Sankt-Petersburga. Na stacji Borki miała miejsce katastrofa, pociąg wyskoczył z szyn, w efekcie czego byli ranni a nawet ofiary śmiertelne. Car ani nikt z rodziny carskiej nie odniósł obrażeń. Na wiadomość o cudownym ocaleniu Imperatora Kuzniecow postanowił w akcie dziękczynienia ufundować cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa, o czym nie omieszkał bezzwłocznie powiadomić cara. Widok cerkwi stał się później swoistym logo Kuzniecowa, bowiem umieścił go on na blaszanych puszkach z herbatą swojego wyrobu. Już sam widok cerkwi z drogi Jałta – Sewastopol robi wrażenie. Biały budynek świątyni odcina się wyraziście od zielonego tła otaczającej go roślinności sąsiadujących zboczy górskich. Promienie słoneczne odbijają się od złotych krzyży wieńczących ciemne, baniaste kopuły. Nie sposób przeoczyć tego miejsca. Na górę prowadzi dość dobra asfaltowa droga. Jedyny jej mankament to niewielka szerokość, szczególnie na zakrętach. Niewiele jest też miejsc do parkowania w pobliżu cerkwi. Na miejscu okazało się, że wewnątrz cerkwi i w jej otoczeniu trwają prace remontowe. Manewrujące ciężarówki i maszyny budowlane jeszcze bardziej ograniczyły ilość miejsc parkingowych. Samochód ustawiliśmy na brzegu drogi w rzędzie innych aut. Z placyku na, którym stoi cerkiew roztacza się piękny widok na morze i miejscowość Foros. Do wnętrza kościoła udało się nam dostać, mimo trwających prac, jednak było ono zastawione rusztowaniami. Po nacieszeniu oczu widokami okolicy, ruszamy w dalszą drogę do Sewastopola gdzie docieramy około południa. Zatrzymujemy się w pobliżu budynku Panoramy Obrony Sewastopola przy Bulwarze Historycznym, gdzie spotykamy grupę Polaków ze Śląska wypoczywających w Forosie. Podjechali tuż za nami dwoma busami. Zwiedzanie muzeum odbywa się jedynie w grupach, w ściśle określonych godzinach. Kupujemy bilety i czas jaki pozostał nam do wejścia spędzamy na spacerze po najbliższej okolicy. Wzdłuż deptaku jest mnóstwo straganów z pamiątkami. Uwagę naszą zwraca też kolekcja kotwic ze statków tuz obok budynku muzeum. Sam obraz - panorama "Obrona Sewastopola 1854 - 1855" przywodzi na myśl Panoramę Racławicką, wystawianą w podobny sposób. Obraz przedstawia główne walki wojny krymskiej, jakie toczyły się o miasto i twierdzę Sewastopol. Rosjanie pod wodzą admirałów Władimira Kornilowa i Pawła Nachimowa bronili się prawie rok, ale we wrześniu 1855 r. byli zmuszeni do opuszczenia ruin miasta. Obrona Sewastopola stała się bohaterską legendą dziejów Rosji, którą niewątpliwie pielęgnują przewodniczki oprowadzające po muzeum. Przed budynkiem panoramy, można zrobić sobie zdjęcie z żołnierzami w historycznych mundurach obrońców Sewastopola. Dalej kierujemy się do centrum miasta w okolice placu Nachimowa. Pierwsze kroki, mijając pomnik admirała Pawła Nachimowa, gdzie właśnie para nowożeńców w asyście świadków i gości weselnych składa wiązankę kwiatów, kierujemy w stronę przylądka Nikołajewskiego gdzie znajduje się Pomnik Zatopionych Statków. Jest to jedyny w swoim rodzaju pomnik, samotna kolumna z orłem na szczycie, na skale wystającej z morza. Napis na tablicy głosi: „Na pamiątkę statkom, zatopionym w latach 1854 – 1855, by zagrodzić wejście na redę”. Pomnik powstał w roku 1905, w 50-tą rocznice obrony Sewastopola i jest czymś więcej niż dla Paryża Wieża Eiffla. Nieopodal pomnika zatrzymujemy się na obiad. Z apetytem pałaszujemy „coś” w kamionkowych garnczkach, na co składają się kawałki ziemniaków, mięsa i jarzyn. Zawartość zamknięta kamionkową przykrywką jest piekielnie gorąca. Do obiadu „przygrywa” nam siedzący pod murkiem mężczyzna ubrany w pasiastą koszulkę i marynarską czapkę, wystukujący tylko jemu znane rytmy na blaszanej puszce i zawodzący niemiłosiernie. Po obiedzie idziemy jeszcze na dworzec morski aby obejrzeć tzw. Hrabiowską Przystań, skąd kursują stateczki wycieczkowe na trasy wokół miasta. Szkoda, że nie mamy więcej czasu – taka wycieczka, w towarzystwie rosłych marynarzy, to nie lada gratka szczególnie dla pań. My jednak kierujemy się w stronę samochodu, gdzie parkingowy bardzo uprzejmie i dokładnie wyjaśnia nam jak mamy wydostać się z centrum miasta, aby dotrzeć do Bałakławy, która teraz jest naszym celem. Bałakława miasteczko na południowy wschód od Sewastopola, którego nazwa w języku tureckim oznacza „rybie gniazdo”. Jest ono położone wewnątrz malowniczej zatoki przypominającej fiord. Jej szerokość przy wyjściu w morze osiąga zaledwie 40 metrów. Miejscowość ta, jeśli turyści zagraniczni zaczną tłumnie odwiedzać Krym, stanie się hitem. Ma ku temu wszelkie podstawy. Jest to jedyne miejsce jakie widzieliśmy na Krymie, gdzie cumowały jachty z prawdziwego zdarzenia, takie jakich widok na adriatyckim wybrzeżu Chorwacji, jest codziennością. W Bałakławie od 1996 roku działa jachtklub „Złote Godło”. Wysiadamy z samochodu w centrum miasteczka, na placu 1-Maja. Stąd bierze początek nadmorska promenada jaką stanowi ulica Nazukina. Na nabrzeżu wybieramy szypra sprawiającego wrażenie najbardziej trzeźwego i po krótkich negocjacjach wynajmujemy mały rybacki kuter, którym wypływamy na półgodzinną wycieczkę w morze i po wodach zatoki. Z łódki roztacza się wspaniały widok na zatokę a w tym na ruiny genueńskiej twierdzy Cembalo, górującej nad miasteczkiem. Przepływamy obok niemal pionowych skał, na których sporo ludzi opala się na niewielkich skalnych półkach. Inni pływają u podnóża pionowej ściany skalnej, ciągnącej się w stronę przylądka Aija. Wracając do portu po lewej stronie widzimy jakieś czarno-białe znaki na skałach a tuż obok nich pod niewielkim mostkiem nad linią wody widać wykutą w skale bramę do podziemnej bazy okrętów podwodnych. Baza ta była przyczyną zamknięcia miasteczka aż do 1996 roku, dla gości zagranicznych. Robi się późno i brak nam już czasu na dojazd w okolice przylądka Fiolent gdzie można zobaczyć m. in. skałę Kriest i ruiny Georgijewskiego monastyru. Szkoda bo warto, monastyr Georgijewski mieszczący się w jaskiniach uważany jest za najstarszy tego typu krymski obiekt. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na kolację w przydrożnej restauracji tatarskiej w pobliżu miejscowości Łaspi. Jest tu spory parking, wspomniana restauracja, kilka, może kilkanaście straganów z pamiątkami, prawosławna kapliczka i punkt widokowy prezentujący wspaniałą panoramę zatoki Łaspijskiej i okolicy. Z punktu tego widać też szczegóły konstrukcyjne tunelu powstałego przez obudowanie drogi biegnącej wzdłuż zbocza, dla ochrony przez spadającymi odłamkami skalnymi. Po posiłku można tu podobnie jak w innych tatarskich lokalach odpocząć drzemiąc w pozycji leżącej. Nie mamy na to już jednak czasu. Jeszcze tylko wizyta w toalecie i... I tu nastąpił szok mimo, że nie jedno już widzieliśmy. Przybytek ten jest położony na uboczu w osobnym budynku - baraku. Na lewo panie, panowie na prawo. W każdej części są po bodaj cztery stanowiska, tj. dziury w betonowej płycie, oddzielone od siebie pionowymi ściankami bocznymi o wysokości mniej więcej 1,20 m. Drzwi lub zasłon w tych „kabinach” brak. Tak, wiec o ile trzy pierwsze stanowiska są zajęte, przechodząc do czwartego, można przypadkiem trzem delikwentom je zajmującym, spojrzeć prosto w wytrzeszczone oczy. Poza wrażeniami wzrokowymi i dźwiękowymi jesteśmy też wystawieni na panujący tu smród. Umywalka jest na zewnątrz, jedna ale za to jak ciekawa. Zawór uruchamia się podnosząc dłonią śrubkę wystającą z kranika, ponad którym jest zasobnik z wodą, w której pływa wszystko co się w niej utopi. Cały ten seans nie jest za darmo! Przyjemność ta kosztuje bodaj 40 kopiejek od osoby. Niewątpliwie ten akcent osłabia wszystkie pozostałe, bądź co bądź pozytywne wrażenia. Powoli słońce chyli się ku zachodowi, a my kierujemy się w stronę Ałuszty. Byłby to już koniec wrażeń w tym dniu, gdyby nie wizyta na Krymie prezydenta Putina. Od pewnego momentu, jeszcze daleko przed Jałtą zauważyliśmy, że na każdej krzyżówce, stoi patrol DAI a między skrzyżowaniami co jakieś 100 metrów, osobnik w czarnym uniformie. Raz przemknęła z naprzeciwka kolumna aut błyskająca niebieskimi światłami. Tak, to bawią się wielcy tego świata. Do domu dotarliśmy już po zmroku, bez przeszkód, jeśli nie liczyć współużytkowników drogi, którzy bardzo niechętnie korzystają ze świateł, dokąd nie zapadną zupełne ciemności.
Ze względu na moc wrażeń w dniu wczorajszym, w sobotę 31 lipca – znowu dzień plażowy. No, może nie do końca, ale taki był plan. To znaczy plan sprowadzał się do odwiedzenia Aquaparku „Миндальная роща” w Ałuszcie. Pomysł okazał się niewypałem z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, nie do końca wiedzieliśmy gdzie ten przybytek się dokładnie znajduje. Z tego tez powodu byliśmy zmuszeni, zaparkować samochód dość daleko od samego obiektu i maszerować tam pieszo, co już znacznie popsuło nam humory. Po drugie na miejscu z nóg zwalił nas cennik korzystania z basenów aquaparku. Otóż bilet dla jednej osoby kosztował wówczas 100,- UAH. Dzień później tj. 1 sierpnia, zapłacilibyśmy już po 120,- UAH od osoby. Za te pieniądze aquapark proponuje możliwość korzystania z basenu ze sztucznymi falami o trzech natężeniach, do którego wpadają trzy ośmiometrowej wysokości wodospady. Basen ma wymiary: długość 27 m, szerokość 17 m i głębokość 1,7 m. W ofercie sa jeszcze: sztuczna rzeka z grotą, z wodospadem; dwie 140-metrowe zjeżdżalnie; jedna 75-metrowa; dwie 60-metrowe; 10-miejscowe jacuzzi; osiem ekstremalnych 50-metrowych zjeżdżalni, siedem zjeżdżalni rurowych (w tym trzy ze specjalnymi efektami świetlnymi); basen dziecięcy oraz trzy 7-miejscowe jacuzzi o temperaturze wody +33 °C. Ponadto na terytorium aquaparku działają bary, restauracje, dziecięca kawiarnia oraz 4... toalety. Nie zagłębiając się jednak w szczegóły oferty, stwierdziliśmy, że 100,- UAH to za drogo za kąpiel w podgrzanej do +25 °C morskiej wodzie, która w morzu, miała pewnie podobną temperaturę. Ruszyliśmy zatem do odwrotu, resztę dnia planując spędzić na wycieczce do Jałty. Na pierwszy ogień miał pójść ogród zoologiczny, który odwiedziliśmy już w ubiegłym roku. Dzieciom tak do gustu przypadły tamtejsze zwierzaki, że chciały zobaczyć je jeszcze raz. I tu niespodzianka. Przy zjeździe z drogi do Sewastopola w kierunku ZOO, stoją funkcjonariusze DAI i nie wpuszczają żadnych samochodów, tłumacząc się tym, że niewielki parking przy ogrodzie zoologicznym i Polanie Bajek jest zajęty w całości. Proponują nam pozostawienie samochodu na parkingu po drugiej stronie drogi i dalej ok. 2 km pieszą wycieczkę. Nie przystajemy na te warunki i jedziemy aby zjeść obiad w Jałcie, trochę po niej pochodzić. Stołujemy się tym razem w barze szybkiej obsługi, znanym nam również z ubiegłego roku. Obiad taki sobie, ale szybko i bardzo tanio. Po konsumpcji krótki spacer po mieście, a w zasadzie głównie w okolicy nadmorskiej promenady. Wracamy do samochodu aby jeszcze raz zaatakować ZOO. Inspektorzy drogowi już odjechali. Do ogrodu zoologicznego dojeżdżamy tym razem bez przeszkód. Dzieci z mamą idą pooglądać zwierzaki a ja zostaje na parkingu oddając się błogiemu lenistwu. Nie do końca jednak, bowiem ucinam sobie w międzyczasie pogawędkę z fotografem robiącym tu pamiątkowe zdjęcia. Otóż okazuje się, że prawdziwą przyczyną przedpołudniowej niedostępności drogi prowadzącej do ZOO była wizyta prezydenta Kuczmy. Mój rozmówca bardzo narzeka na manierę ukraińskich możnowładców, których pojawienie się w okolicy łączy się z ograniczeniami w ruchu prywatnych pojazdów. Okolice Jałty doświadczają tego często, bowiem Kuczma ma tu swoją daczę. Rachunek jest prosty. Turyści nie dojadą – zysk dla niego i miejscowych handlowców będzie mniejszy lub żaden. Trudno się zatem dziwić, że miejscowi krzywo patrzą na takie wycieczki grubych ryb. Sam ogród zoologiczny, w którym zgromadzono wiele egzotycznych zwierząt, powstał dzięki człowiekowi, który zwoził z różnych stron świata chore zwierzęta i je leczył. Obok ZOO jest równie godna zobaczenia atrakcja - „Поляна сказок”. Jest to kolekcja ponad trzystu drewnianych, kamiennych i brązowych rzeźb przedstawiających bohaterów dziecięcych baśni. W tym miejscu dzieci spotykają się z Babą Jagą mieszkającą tu w domku na kurzej stopce, witającą wszystkich zwiedzających. Mając na pokładzie nieletnich uczestników wyprawy warto odwiedzić Polanę Bajek. My zobaczyliśmy ją już w ubiegłym roku.
Niedziela, 1 sierpnia jest ostatnim dniem naszego pobytu na Krymie. Oczywiście wykorzystujemy ją na uciechy plażowe. Ostania kąpiel w Morzu Czarnym. A wieczorem ostatnia przechadzka po promenadzie. A tu jeszcze kilka pamiątkowych fotografii w strojach z epoki. Będzie co powiesić w domu, na ścianie. Ostatnie spojrzenie na Ałusztę ze wzgórza, gdzie kiedyś była twierdza a dzisiaj jest rekonstrukcja jej ruin. Szkoda będzie jutro wyjeżdżać...
|
|