|
|
|
W czwartek 22 lipca pospaliśmy zdrowo. Gdy w końcu wygrzebaliśmy się z łóżek i zjedliśmy śniadanie, poszliśmy zażywać uciech plażowania. Po dotarciu na plażę okazuje się, że panuje tu dość spory tłok. Widok jaki zastaliśmy w niczym nie przypomina tego co widzieliśmy w ubiegłym roku. Znajdujemy jednak wolne leżaki, na których układamy się wygodnie. Dzieci oczywiście ciągną do morza. Mając w pamięci dość niską temperaturę wody jaką zastaliśmy poprzednio, z pewną rezerwą podchodzę do brzegu. Michał przekonuje mnie, że woda jest ciepła. Nie daję się mu jednak omamić i bardzo powoli wchodzę do morza. Uff, woda naprawdę jest ciepła. Teraz muszę tylko do tego przekonać Ilonę a to jak zwykle nie będzie takie proste. Po pewnym czasie dała się namówić by sprawdzić temperaturę wody osobiście. Lustracja wypadła dość pozytywnie, choć... "mogłaby być cieplejsza". Do obiadu zalegamy zatem na plaży a późnym popołudniem udajemy się na spacer po "Nabiereżnoj" czyli promenadą pośród straganów z wszelkiej maści pamiątkami i innymi atrakcjami. Michał buszuje po stoiskach planując zakupy różnych drobiazgów. Małgosia fotografuje się z rasowymi kotami, które podobnie jak w ubiegłym roku czekają na kupców lub chętnych do zdjęć. Odwiedzamy też nasze znajome już zwierzaki na wystawie "Świat tropików" w budynku dworca morskiego, przed którym Michał fotografuje się ze sporych rozmiarów papugą Arą zielonoskrzydłą. Przeglądamy też ofertę wycieczek morskich. Po dłuższych negocjacjach wybieramy wycieczkę stateczkiem do Partenitu, gdzie w programie jest seans w miejscowym delfinarium i pokaz fontanny - światło i dźwięk. Wykupujemy bilety na sobotę, na godzinę 18.00. Kolejny dzień spędzamy również na plażowaniu i spacerach po mieście. Samochód decydujemy się wyciągnąć z garażu dopiero w sobotę 24 lipca a naszym celem jest pałac Woroncowa w Ałupce. To, że nie odwiedziliśmy tego miejsca w ubiegłym roku, wytknął nam ktoś w księdze gości na naszej stronie internetowej. Nie pozostało zatem nic innego, jak tylko naprawić ten błąd. W drodze do Ałupki zatrzymujemy się w Massandrze a ściślej przy siedzibie Rolno-Przetwórczego Przedsiębiorstwa "MASSANDRA" tj. jednej z najznamienitszych krymskich fabryk win, założonej jeszcze w końcu XIX wieku przez księcia Lwa Sergiejewicza Golicyna, syna księcia Sergiusza Golicyna i Marii z Jezierskich, urodzonego w Starej Wsi pod Warszawą. Zakupy można tu zrobić w dwojaki sposób. Obok bocznej bramy wjazdowej do zakładu, z reguły stoi kobieta a wraz z nią krzesełko-wystawa z kilkoma butelkami wina. Pani reklamuje się, że sprzedaje taniej niż w sklepie, co niestety nie jest prawdą. Co prawda jej marża nie jest duża, jednak w pierwszym lepszym sklepie w Jałcie czy Ałuszcie to samo wino można kupić taniej o hrywnę. Koneserom winnych trunków polecam dojazd do firmowego sklepu zlokalizowanego tuż przy głównej bramie zakładu, skąd nawiasem mówiąc roztacza się wspaniały widok na okoliczne szczyty górskie. Widok jaki ujrzeliśmy w sklepie, nas laików przyprawił o drżenie rąk. Wybór jest tu niespotykany. Bądź, co bądź fabryka wytwarza w chwili obecnej 28 gatunków wina. Nam bardzo przypadł do gustu "Czarny Muskat Liwadia" przypominający (nasza subiektywna opinia) starą hiszpańską "Malagę". Godnym polecenia wydaje się też trunek o wszystko mówiącej nazwie "Siódme niebo Kniazia Golicyna". W sklepie można zostawić sporo pieniędzy, bowiem tzw. kolekcjonerskie egzemplarze poszczególnych gatunków osiągają dość wysokie ceny. Kto chce sprawdzić polecam wizytę na stronie http://www.massandra.crimea.com/ lub w sklepie internetowym na http://maswin.com/index.shtml.
Po dokonaniu drobnych zakupów ruszyliśmy dalej. Jak zwykle odnalezienie drogi tym razem do pałacu hrabiego Michaiła Woroncowa, generał-gubernatora Kraju Noworosyjskiego, nie było łatwe. Gdy już odnaleźliśmy drogę do pałacu zaczęły się problemy z zaparkowaniem samochodu. Co prawda jakieś 200 do 300 metrów od bramy pałacowej znajduje się parking płatny, jednak akurat w czasie naszego pobytu nie był czynny. Rolę parkingu przejęła wąska droga dojazdowa, gdzie za opłatą można było pozostawić samochód, najpierw jednak dokonując ekwilibrystycznych akrobacji celem jego ustawienia, pod okiem kierujących całym parkingowym przedsięwzięciem młodzieńców. Gdy to się udało, ruszyliśmy w stronę pałacu. I tu niemiła niespodzianka. Kolejka po bilety ma długość przypominającą kolejki w celach zaopatrzeniowych znane nam z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Postanawiamy zatem podarować sobie zwiedzanie pałacowych wnętrz i zadowolić się widokiem zabudowań pałacowych z zewnątrz oraz spacerem po pałacowym parku. Dzieci w przeciwieństwie do nas, są zadowolone z takiego obrotu sprawy, bowiem zwiedzanie tutaj także odbywa się w grupach pod okiem przewodnika a jego opowieść w języku rosyjskim, byłaby dla nich mało zrozumiała. Jako leśnikowi godzi mi się dodać parę słów o czterdziestohektarowym parku otaczającym rezydencję. Doliczono się tu około 200 egzotycznych gatunków roślin, pochodzących z różnych stron. Szosa prowadząca do Jałty dzieli park na dolny i górny. Osobliwościami parku górnego są tzw. Mały Chaos z licznymi strumykami, wodospadami, omszałymi grotami wśród skał oraz Wielki Chaos utworzony przez sporych rozmiarów sztuczne gołoborze. W tej części parku można zobaczyć zaaranżowane specjalnie polany, a wśród nich: platanową (z platanami, cedrami, sekwojami i araukarią), słoneczną (z cyprysami), kontrastową (z gatunkami rodzimej krymskiej frlory), czy kasztanową. Park dolny stanowi ogród w stylu francuskim z roślinnością śródziemnomorską (m. in. oleandrami, oliwkami, magnoliami, cisami, palmami, drzewami laurowymi czy bukszpanem). Tuż przy pałacu znajduje się duży utwór skalny, z którego szczytu roztacza się widok obejmujący ciekawa panoramę budowli. Wejście w to miejsce a tym bardzie zejście z niego może sprawiać pewne trudności - Ilona pogubiła buty. Po nasyceniu się pięknymi widokami przyrody i architektury kierujemy się w stronę samochodu. Jeszcze tylko zakup pamiątek na wszechobecnych straganach i jedziemy do Jałty, gdzie posilamy się w restauracji McDomald's, pod okiem patrzącego w jej kierunku pomnika wodza rewolucji. Potem spacer wzdłuż nadmorskiej promenady i trochę myszkowania po sklepach i wracamy do Ałuszty bo jeszcze dzisiaj wieczorem czeka nas rejs do Partenitu. Wychodząc z domu obserwowaliśmy niebo, które coraz bardziej pokrywało się chmurami. Przypuszczaliśmy, że trochę pokropi i przestanie. Nie zabraliśmy ze sobą nawet parasoli mimo, że była taka możliwość. To był błąd. Na przystani wycieczkowych statków złapał nas taki deszcz, że świata nie było widać. Byliśmy zmoczeni do suchej nitki. Byliśmy jednymi z ostatnich wycieczkowiczów, którzy dotarli na przystań tak, że nie było się już gdzie schować przed deszczem. Czekaliśmy zatem na swój stateczek jak pod prysznicem. Po zaokrętowaniu okazało się, że wolne miejsca siedzące pozostały już tylko na górnym, odsłoniętym pokładzie. Nasze zmoczone ubrania wyschły podczas rejsu na nas, w podmuchach morskiego wiatru. Jak to się stało, że nikt z nas nie zachorował, tego nie wiem do dzisiaj. Może to sprawa klimatu...? Po przybiciu do Partenitu udaliśmy się szeroką aleją w stronę delfinarium, które okazało się zaadoptowanym na ten cel krytym basenem. Program pokazu był bardzo bogaty, jednak milej wspominamy widowisko, w którym uczestniczyliśmy rok temu w Jałcie. Może dlatego, że wtedy po raz pierwszy mieliśmy możliwość obcować z delfinami na żywo. Szkoda, że wtedy nie zrobiliśmy więcej zdjęć, bowiem były ku temu znacznie lepsze warunki. Wówczas spektakl odbywał się na basenie odkrytym, w środku dnia przy bardzo dobrym, naturalnym, słonecznym oświetleniu. Tym razem spora przestrzeń źle oświetlonej hali basenu nie pozwalała na robienie poprawnych techniczne zdjęć przy użyciu tylko wbudowanej w aparat lampy błyskowej. Udało się nam jedynie utrwalić pewne fragmenty widowiska na taśmie video. Po zakończeniu pokazu kierujemy się w stronę nieopodal położonej fontanny, gdzie po chwili rozpoczyna się widowisko "światło i dźwięk". Nigdy wcześniej nie uczestniczyliśmy w podobnym pokazie i byliśmy nim zafascynowani. Zdjęcia jakie udało się nam zrobić nie oddają w pełni atmosfery tego wieczoru. Naszego zauroczenia pokazem omal nie przypłacilibyśmy spóźnieniem się na statek, którym już nocą powróciliśmy do Ałuszty.
Niedzielę 25 lipca spędzamy nie opuszczając miasta. Poza plażowaniem, odwiedzamy też jedno z miejscowych muzeów, gdzie zwiedzamy dwie wystawy. Pierwsza z nich to wystawa figur woskowych prezentująca postaci z historii Ukrainy, Carskiej Rosji i Związku Radzieckiego. Zobaczyć można tu m. in.: trzech Leonidów: Breżniewa, Krawczuka i Kuczmę; Lenina i Stalina; Grigorija Aleksandrowicza Potiomkina; Katarzynę II Carycę Rosji; generała barona Piotra Nikołajewicza Wrangla; Nestora Iwanowicza Machno; Stepana Banderę; słynną z urody żonę sułtana Sulejmana I o imieniu Roskolana; Chana Islam Gereja III; hetmana Bohdana Chmielnickiego. Większość z obecnych tu postaci (no, może wyłączywszy Roskolanę) nie budzi w oglądającym je Polaku zbyt pozytywnych odczuć. Nabiera to szczególnego wydźwięku, gdy oprowadzająca nas pani określa ten zestaw postaci jako osoby, którym Ukraina i Krym wiele zawdzięczają. Każdą z postaci przewodniczka pokrótce prezentuje, choć w pewnych przypadkach nie bez zakłopotania. Druga wystawa wzbudza niekłamany podziw, choć nie wszystkich będzie interesowała. Eksponaty na tej wystawie są umieszczone pod mocno oświetlonymi soczewkami. Są to miniaturowe rzeźby. Niektóre z nich (jak karawana) są umieszczone w uchu igielnym. Autorem tych miniaturowych dzieł sztuki jest uczestnik radzieckich programów kosmicznych, gdzie jego umiejętności były wykorzystywane. Po zwiedzeniu obu ekspozycji maszerujemy na plażę. Do końca dnia oddajemy się uciechom plażowym i słodkiemu lenistwu.
|
|